czwartek, 30 lipca 2015

Destiny CD Verenah

Mroźne powietrze gór owiewało mnie dookoła, docierając do każdego kawałka mojego ciała. Zadrżałam lekko, nie pozwalając sobie położyć się na śniegu. Tylko idź dalej, pomyślałam i zamknęłam oczy. Nogi nie chciały już iść, zdrętwiały już dawno, oczy przyzwyczaiły się do stałego powiewu podwładnych Eola. Nadal pnęłam się w przód, poprzez góry, do krainy, w której podobno miałam zaznać szczęścia.
***
- Nie możesz tu zostać. - Usłyszałam pewny, kobiecy głos. - Tutaj nie jest miejsce dla ciebie. Tam jest lepiej.
- NIE! - wrzasnęłam na nią wściekła.
- Idź dalej.
Głos ucichł tak samo, jak zawsze. Nigdy nie odpowiadał na pytania, o które go pytałam. Nie pytał, raczej rozwiązywał zagadki, o których nie wiedziałam. Nalegał bym codziennie zmieniała miejsce, nawet jeśli nie miałam na to sił.
***
Stałam na szczycie góry, którą tak długo zdobywałam. Wokół mnie rozpościerała się zielona dolina, bez koloru białego. Bez śniegu. Bez zimna. Zdziwiona poszłam dalej.
Słońce dopiero wschodziło. Oblewało mnie ciepłem, jakiego nigdy jeszcze nie poczułam i myślałam, że nigdy nie poczuję. Zejście z góry było inne niż wejście. Pełne fioletowych i żółtych kwiatów, jakich nie znałam. Z trawą, koloru czysto zielonego, miękką w dotyku i pięknie pachnącą. Z lekkim, krzywym uśmiechem zeszłam dalej, w dół.
Wszystko było inne, dziwne, nieznane. Całkowicie przeciwne temu, co znałam dotychczas. Drzewa, nie były pozbawione liści, tylko ich pełne. Kwiaty, nie były szare i brązowe, lecz kolorowe i mieniące się w słońcu. Trawa, nie była sztywna i żółta, ale cudowna. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
***
W zadumie weszłam do wody. Była przyjemnie chłodna, nie lodowata, jak miała w zwyczaju w mojej krainie. Owinęła mnie jak płaszcz i łaskotała w szyję. Nie czułam pod łapami gruntu, ale nie przeszkadzało mi to. Płynęłam dalej.
***
Zdecydowałam się wejść na drzewo. Podeszłam do pnia i spróbowałam się po nim wspiąć. Kora była szorstka i przecięła mi lekko łapę. Jednak rana była płytka i ledwo co poczułam, że coś się stało. Po kilku próbach weszłam na drzewo. Widok stamtąd był niesamowity. Dolina, w której byłam, pełna była zieleni i żółci, lasów i pół, z dziką pszenicą. Mój wzrok przesuwał się powoli po wszystkim, co było wokoło aż natrafił na poruszający się obiekt. Wytężyłam wzrok i spostrzegłam, że jest to basior. Spanikowałam i schowałam się głębiej w drzewo. Wtedy otrzeźwiałam i wyszeptałam:
- Prohibere tempore.
Czas stanął. Zeskoczyłam z drzewa i pobiegłam, w stronę wilka. Nie ruszał się, patrzył tam, gdzie przed chwilą ja byłam. Podeszłam do niego i powiedziałam:
- Committitur tempus.
Czas wznowił się, a baisor poruszył się niespokojnie, widząc moją twarz, przed swoją.
<Verenah?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz